poniedziałek, 20 lutego 2017

Mój spóźniony plan Noworoczny



Mamy luty, a ja dopiero 3 dni temu zabrałam się za swój Noworoczny Plan. Stwierdziłam, że nie będę tego robić przy akompaniamencie sztucznych ogni. Tak wiecie z wielką pompą i po to żeby było, żeby odhaczyć jedną z tych rzeczy którą  robi większość. Zresztą nie czułam motywacji, a żeby to bardziej uściślić to po prostu mi się nie chciało! A przecież postanowienia, które chcę zrealizować są ambitne: zmiana diety, figura top modelki, więcej sportu na świeżym powietrzu, podbój szczytów polskich gór, 100 km rowerem, francuski na poziomie komunikatywnym itd.....Tylko od czego zacząć?! A zacząć jest przecież najtrudniej.

Był 17 luty. Dzień jak co dzień. Praca do tego nauka na egzaminy, jakiś obiad, zabawa z fretką, trochę powtórki z francuskiego ...Je suis Marta, J'etudie le droit.... potem angielski czyli powtórka kolorów, proste zdania pytające w czasie Present Simple i inne pieprzenie.... do tego dorzuciłam trochę ćwiczeń na jędrną pupę bo jest hot i gimnastykę twarzy bo zazdroszczę Azjatkom dziecięcej urody.... Niby ambitnie... Ale...(tak jest jakieś ale!)... Od dłuższego czasu czuję się jak w mule. Niby coś robię, ale nie czuję że się rozwijam. Codziennie odbębniam JAKĄŚ listę zadań. Zadań, które zamiast motywować mnie do działania i rozwijać moje talenty trzymają mnie w kleszczach totalnej dezorganizacji i chaosu. Potwierdzeniem na to, że moje działania okazują się nieskuteczne jest to, że nie widać efektów. Zabieram się za coś z pasją po czym przerywam na jakiś czas i wracam do punktu wyjścia. 
17 luty był więc tym dniem w którym postanowiłam to zmienić. Byłam gotowa. Półtora miesiąca po odpaleniu noworocznej fajerwerki.

Zdecydowałam, że nie podjadę do tego mega ambitnie, ale metodą małych, lecz konsekwentnych kroków. Stworzę własny plan działania. Większość planów motywacyjnych zawiera czas. Czyli planowanie co o której godzinie będziemy robić. Mnie osobiście to jednak nie przekonuje, przynajmniej na początku. Dni układają się różnie nie chcę być niewolnikiem zegara i wiem, że bardziej by mnie to zdemotywowało niż pomogło osiągnąć cele.

Zdecydowałam się więc na prostotę i elastyczność. Szablon znaleziony gdzieś w necie wrzuciłam poniżej.


To proste. W każdą niedzielę planuję swój tygodniowy harmonogram. Na początku zadania się powtarzają dla wyrobienia nawyku. Nauka języków,  dieta czy ćwiczenia wymagają systematyczności. Potem stopniowo ograniczę ich czas i dopiszę nowe punkty. 
Następnie drukuję szablon i wypełniam go ręcznie. 

W rubryce nr 1 zapisuję rzeczy, które muszę wykonać w ciągu dnia. Czas jest dowolny. Bez spiny. Totalny luz można rzec:) 

W rubryce nr 2 odhaczam zrealizowane zadania. Tu trzeba postawić na szczerość. Jak czegoś nie zrobię to daję duży czerwony minus!

W rubryce nr 3 zapisuję uwagi np. jeśli coś nie udało mi się zrealizować dnia poprzedniego to dopisuję to zadanie na dzień następny lub inny. W tym polu mogę też zapisywać co konkretnie przerabiałam z języków, lub jakie ćwiczenia fizyczne wykonywałam.

W rubryce nr 4 zapisuję datę kolejnych dni tygodnia. 

Po zakończonym tygodniu dziurkuję mój plan życia i wpinam do segregatora 2017 by z końcem roku przyjrzeć się na ile byłam konsekwentna i na ile pomogło mi to w realizacji celów.

Przykładowy plan zadań (mój zaczął się od 17 lutego):



W kolejnym poście zdradzę jakie cele pragnę zrealizować w tym roku!

Trzymajcie kciuki!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza na moim blogu. Z pewnością odwzajemnię się wizytą na Twojej blogosferze :)